ROZMOWA Z ARTYSTA

sroka.pl | Jacek Sroka » ROZMOWA Z ARTYSTA

PORTAL NETBIRD.PL 2009


Powiedział Pan kiedyś żartobliwie o sobie, iż jest „spokojnym ekspresjonistą”. Dla mnie jednak Pańskie obrazy są silnie podszyte niepokojem, nawet pod przykrywką groteski, ironii, dystansu…

 

Albo „chłodnym ekspresjonistą” (próbuję zapanować nad emocjami). Miałem na myśli to, że sztafaż ekspresjonistyczny, który zresztą bardzo lubię, używany jest przeze mnie jako instrument do podniesienia temperatury obrazu, a czasami jako kontrapunkt. Tu z radością potwierdzam opinię o drugim, (bywa, że i trzecim) dnie moich obrazów, budowanych na kontrastach barwnych, fakturowych, także kontrastach treści, formy i tytułu...

 

Czy zmiany i kolejne etapy w Pana twórczości wynikają z poszukiwania adekwatnej formy wyrazu, czy może Pańska wrażliwość, czy też tożsamość jako artysty, zmienia się?

 

Mam nadzieję, że jeszcze się zmieniam, i że to nie koniec tych zmian. Zawsze szukam odpowiedniej dla koncepcji obrazu formy. Stąd różnice w nawet nieodległych czasowo realizacjach. Z drugiej strony bywa, że na jednym rozwiązaniu się nie kończy – powstaje wtedy seria prac albo nawet cykl. O kształcie obrazu decyduje ostatecznie najlepszy przewodnik, jakim jest wyobraźnia. Pomaga (albo przeszkadza) „duch czasu”, któremu niełatwo się oprzeć; wchłaniany niepostrzeżenie, z powietrzem, a w efekcie widoczny.

Kiedy zaczynałem swoją drogę w gorączkowych latach 1981-1982 nie sposób było nie ulec naciskowi rzeczywistości, porzuciłem wtedy moją „manierę” studencką, zmieniłem się zupełnie. Wydało mi się, że, by opisać świat tamtego czasu, potrzebny jest prostszy formalnie język. Było to jak odcięcie pępowiny, która łączyła mnie z pracownią malarstwa w ASP. Pierwsza zmiana: zewnętrze zmieniło wnętrze.

Później przekształcałem się wielokrotnie, ale już nie tak radykalnie: modyfikacje służyć miały aktualnym zamiarom. Jedno, co chciałbym by było niezmienne, to by się nie nudzić. I nie nudzić innych.

 

Jaka koncepcja sztuki jest Panu najbliższa? Czy podpisałby się Pan pod romantyczną ideą sztuki posiadającej moc sprawczą?

 

Odpowiadam na drugie pytanie (jak w  telewizyjnej Wielkiej Grze): Już jako dziecko, oglądając ryciny indiańskich, romantycznych i barwnych „dzikusów” amerykańskiego malarza z XIX wieku, George’a Catlina i konfrontując je z dokumentalnymi fotografiami tubylców Dalekiego Zachodu, pełnymi nędzy, smutku i zapomnienia, zrozumiałem, że sztuka zmienia świat. Nawet, jeżeli tylko na papierze, to zawsze coś.

Wiek dwudziesty ze swoimi potwornościami i oszustwami pozbawił nas różnych złudzeń, także co do możliwości sztuki. Ale... słyszałem, że podczas pierwszego wykonania w popularnym, kalifornijskim radio Trzeciej Symfonii Góreckiego, samochody słuchających zatrzymywały się, tamując ruch na autostradzie, wzruszeni ludzie dzwonili do stacji radiowej, pytając, co to za utwór. Zatrzymać ruch na autostradzie! To jest moc sprawcza!

Odpowiadam na pierwsze pytanie: Od początku archaicznie wierzyłem, że sztuka jest odpowiednim narzędziem dla opisu (i stwarzania) świata. Ważne, by zapis taki pełen był nie tylko „obiektywnych” spostrzeżeń, ale miał też własny charakter „pisma”, refleksji czy emocji artysty. To się do dziś nie zmieniło. Mówiąc szczerze nie snuję głębszych rozważań o tym czym jest, lub czym powinna być sztuka. Uważam, że do tego, starego jak ludzkość, sposobu wyrażania siebie niezbędna jest, przede wszystkim wyobraźnia.

„Wszyscy wiedzą, że sztuka jest potrzebna, ale nikt nie wie do czego” – ktoś żartobliwie powiedział. Jest w tym, pełnym bezradności, stwierdzeniu ukryta i taka racja, że sztuka może być wszystkim i wszystko może być sztuką.

 

Którzy artyści Pana fascynują?

 

Miewałem różne upodobania, które zapewne pozostawiały ślady. W czasach studenckich był to na przykład amerykański malarz Willem de Kooning (mawiano nawet: „patrzy, jak Sroka w de Kooninga”). W dzieciństwie naprawdę podobał mi się wymieniony już George Catlin. Oczywiście z powodu egzotyki.

Gdy byłem kilkunastoletnim chłopcem, prawdziwie zafascynował mnie artysta mniemany, wymyślony przez australijskiego pisarza Patricka White’a. Powieść „Wiwisekcja” opowiada frapująco o życiu malarza, o źródłach twórczości, o pasji, która przynosi satysfakcję ale niszczy życie osobiste. Ta książka właściwie spowodowała, że zapragnąłem być malarzem, że chciałem zakosztować losu człowieka, którego ograniczają tylko możliwości twórcze umysłu.

 

Te fascynacje – jak silne pozostawiają ślady?

 

Nie żyjemy w zamkniętych wieżach, prądy kulturalne poruszają się w powietrzu i infekują bezwiednie. Trudno od tego uciec.

W ostatnich latach towarzyszy mi sentencja życiowa, która pochodzi z opartego na opowiadaniu Hemingway’a filmu pod tytułem „Zabójcy”. W końcowych scenach tego czarnego kryminału, śmiertelnie ranny gangster, grany przez Lee Marvina, z walizką dolarów w jednej ręce i rewolwerem w drugiej, strzela do zdradzieckiej i „złej” kobiety, przerywając jej błagania o życie słowami: „Ja nie mam czasu, panienko”, po czym próbuje ucieczki, biegnie na miękkich nogach, osuwa się na trawnik i umiera, a banknoty rozwiewa wiatr.

Nie mam czasu na chodzenie na wszystkie wystawy, na nowe fascynacje, pewnie wiele tracę ale... ja nie mam czasu, panienko!

 

Stając przed czystym jeszcze płótnem nosi Pan już „w sobie” gotowy obraz, czy może wszystko „wydarza się” w samym procesie twórczym?

 

Głosy w głowie mówią mi, co mam robić. Właściwie zawsze przystępuję do pracy z gotową koncepcją. Przygotowana w szkicownikach, „przemyślana”, ulega często zmianom w trakcie pracy. Czasami efekt końcowy bardzo odbiega od zamiaru. To aspekt niespodzianki, jaką szczęśliwie daje malarzowi malowanie.

 

Czy wiąże się Pan emocjonalnie ze swoimi obrazami? Bogate kolekcje Pańskich dzieł są w posiadaniu polskich i zagranicznych galerii, a także osób prywatnych…

 

Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych zaczynałem wystawiać w Europie, szybko, choć niechętnie, wyleczyłem się z sentymentu do obrazów opuszczających pracownię. Zdecydowałem się na taką drogę i wiedziałem, że będę musiał pokazywać (i pozbywać się) najciekawszych prac.

Wystawianie za granicą, gdzie nikt mnie nie znał, dawało mi, i chyba czasami jeszcze daje możliwość zapoznania się z odbiorem moich obrazów w sposób „czysty”, nieobciążony opinią galeryjno-kawiarnianego środowiska, przyjaznej bądź nieprzyjaznej krytyki. Jak w opowiastce Andersena o szatach cesarza, gdzie dystans przywraca opinia dziecka, dobrze usłyszeć prawdę na temat własnej pracy, a jeżeli uda się do niej przekonać widzów…

 

Pan zyskał jako artysta międzynarodowe uznanie, ale ciekawi mnie, czy kiedykolwiek brał Pan pod uwagę inny scenariusz dla siebie? Wiem, że gra Pan na pianinie, a w młodości miał Pan przygodę z teatrem.

 

Gram… za dużo powiedziane; walenie w klawisze, młocka – o czym dowodnie przekonuje się okolica – to właściwsze określenia. Na pewno, od najwcześniejszych lat, ciążyłem „humanistycznie”. Interesowałem się mitologią, kulturami antycznymi, historią, bardzo dużo czytałem. Słuchałem muzyki i chciałem muzykować. Szukałem tej specjalnej artystycznej emocji, nieporównywalnej z niczym.

Biorąc pod uwagę czas mojego późnego dzieciństwa i młodości, które przypadły na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, naprawdę tylko muzyka, sztuka czy teatr wydawały mi się oazami wolności, nie przysłanianymi przez gomułkowsko-gierkowską górę. Oczywiście „władza” kontrolowała wszystko, ale nie mogła odebrać wzruszenia, które towarzyszyło występowi amatorów rock and rolla.

Próbowałem szczęścia w grupach parateatralnych (to ówczesna moda); w końcu – przez cały czas rysowałem przecież – podjąłem decyzję o studiach w ASP. W owym czasie była to najprostsza droga, by zostać malarzem czy grafikiem. Akademia, niezależnie od tego czy jest konserwatywna czy awangardowa, ma jedną zaletę: jest to jedyny okres w życiu artysty, kiedy tak wielu, i tak szczerze, interesuje się jego pracą, komentuje, chce pomóc.. To się już później nie powtórzy.

 

Skoro mowa o Akademii... Przez kilka lat prowadził Pan zajęcia ze studentami krakowskiej ASP. Jaką radę dałby Pan dzisiaj młodym adeptom malarstwa?

 

Trudno mi dawać rady, im więcej za mną doświadczeń tym mniej pewności. Jest tyle dróg… Co na pewno powtarzałem wtedy, przed laty, i teraz to powiem, to że najlepiej trzymać się swojej wyobraźni, zdobyć się czasami na dystans (chociaż to najtrudniejsze), nie ulegać naporowi tzw. art worldu z jego prawidłami, modami, rynkowymi atrakcjami, bo można wylądować, jak bohater epigramatu z Antologii Palatyńskiej:

„Eutychos, ten wielki malarz
Dwudziestu synów spłodził.
Ale nawet w nich nie osiągnął ani krzty podobieństwa”.

 

Proszę powiedzieć na koniec, czy szykuje Pan obecnie jakąś wystawę?

 

Jesienią i zimą moje prace pokazane będą na indywidualnych wystawach w Paryżu, Winnipeg w Kanadzie, Lyonie i we Wrocławiu, w nowo otwartej galerii ARTTRAKT, prowadzonej przez autorkę monograficznej pracy magisterskiej na temat mojego malarstwa i grafiki.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Alicja Listwan

Autor:js
 
  • Dodaj link do:
  • www.facebook.com